Sezon wakacyjny nie może obejść się bez książek. Także tych podejmujących tematykę „okołorosyjską”. Wzorem ubiegłego roku (Książki o Rosji na lato 2024) chciałbym ulżyć Państwu w trudzie selekcji lektur. Liczę, że moje sugestie okażą się pomocne w dokonaniu właściwych wyborów.
Proponuję namysł nad trzema nowościami wydawniczymi. Każda z nich reprezentuje inny gatunek i oddaje hołd specyficznej konwencji pisarskiej. Dlatego też nie hierarchizuję ich ani nie porównuję ze sobą. Co je łączy? O, wcale nie tylko to, że zostały napisane przez kobiety. Nierównie ważniejsze jest co innego. Wszystkie one pozwalają wybrzmieć temu, co z różnych powodów nie mogło / nie może zostać głośno powiedziane w Rosji.
Uprzedzam: rekomendowane przeze mnie lektury nie nadają się do poduszki. Z pewnością dostarczą Czytelnikom Prawdziwej Rosji wiele materiału do przemyśleń i wzruszeń. Satyra na putinowską Rosję z refleksyjnym słoniem w roli głównej, reportaż o straumatyzowanej przez rosyjski (radziecki) kolonializm pamięci mieszkańców Kazachstanu, monografia naukowa o powstaniu styczniowym stawiająca w centrum narracji kobiety – tak można by sklasyfikować książki, o których chcę opowiedzieć.
Rosja oczami rozczarowanego entuzjasty
Wywodząca się ze wschodniej Ukrainy izraelska pisarka Linor Goralik (ur. 1975) zdaje się wierzyć, że osadzona w realiach rosyjskich literatura drogi może zastąpić bezpośredni kontakt z krajem rządzonym przez Putina. Zweryfikować to można sięgając po udostępnioną polskiemu czytelnikowi w przekładzie Nikity Kuznetsova powieść Bobo. Książkę opublikowało niszowe zagłębiowskie wydawnictwo Ursines, co utwierdza mnie w przekonaniu o pożytkach płynących z obecności mniejszych podmiotów na rynku wydawniczym.
Próby prozatorskie stanowią tylko część dorobku artystycznego L. Goralik, która pisze także wiersze, zajmuje się tłumaczeniami i tworzy prace plastyczne. Dobre pojęcie o diapazonie jej zainteresowań daje strona internetowa https://www.linorgoralik.com/. Autorka dała się poznać jako bezkompromisowa przeciwniczka wojny Rosji z Ukrainą, co znajduje odbicie w kierowanym przez nią internetowym magazynie ROAR. Warto także zajrzeć na jej kanał w serwisie YouTube.
Kanwę powieści stanowi wędrówka przez Rosję słonia o wdzięcznym imieniu Bobo, który został podarowany przez sułtana tureckiego carowi rosyjskiemu – Putinowi. Książkę można czytać na różne sposoby. W posłowiu redakcja wyraża pogląd, że mamy do czynienia z krzyżówką powieści drogi, kroniki, powieści dojrzewania, gawędy i powieści idei. Pozwolę sobie zaproponować Państwu inne odczytanie, ugruntowane we wciąż żywej tradycji dziewiętnastowiecznej literatury rosyjskiej.
Towarzysząc słoniowi Bobo w jego długiej peregrynacji miałem dość czasu, by ocenić zmysł obserwacji L. Goralik. Kto bywał w Rosji dostrzeże bez trudu, że opisywane sytuacje zna ona nie ze słyszenia, a z własnych doświadczeń. Dotyczy to zwłaszcza głubinki, wszystkich tych miasteczek prowincjonalnych, które nadają Rosji prawdziwe oblicze.
Nie mam dostatecznych podstaw, by wmawiać autorce, czyja twórczość najmocniej ją inspirowała. Mogę wszakże powiedzieć, że nieśmiertelnym demaskatorem patologii władzy i społeczeństwa w połowie XIX wieku był Michaił Je. Sałtykow (Szczedrin). Potrafił on wzbudzać w czytelnikach szczery śmiech politowania nad zakłamaniem ówczesnej rzeczywistości.
Zmagania intelektualne Bobo z Rosją putinowską jako żywo przypominają mi głowienie się takich jak on „naiwnych” bohaterów Sałtykowowskiej prozy z Imperium Rosyjskim epoki wielkich reform. Według mnie powieść L. Goralik wpisuje się w chlubną tradycję rosyjskiej prozy satyrycznej. Oto powód, dla którego rekomenduję Państwu właśnie tę książkę.
Nie chcąc być oskarżonym o gołosłowność przytoczę kilka charakterystycznych fragmentów, jak gdyby wyjętych z kart Szkiców gubernialnych. Spotkany na początku drogi ochroniarz wychwala miejscową policję za uczciwość, w końcu „Nikogo nie krzywdzą, co miesiąc biorą od każdego po równo” (s. 50). Równie dobrą prasę mają urzędnicy z Niżnego Nowogrodu, gdzie „w urzędach bynajmniej nie durnie siedzą. Też wiedzą, z której strony krowa ma wymię…” (s. 258). A „mumifikacji świętego łona Jej Była Wysokość” (s. 276) to i Szczedrin by nie wymyślił!
Tak naprawdę Bobo nie dostarcza zbyt wielu okazji do śmiechu. Więcej, wymaga skupienia, gdyż zawiera dużo nawiązań do tropów kultury (nie zawsze czytelnych dla Polaka). W sukurs przychodzą wyjaśnienia różnych terminów i aluzji, ujęte w przypisach. Kto z Państwa wie, że w slangu wojskowym mianem słonia określa się „kota”, czyli żołnierza przed ukończeniem półrocznej służby?
Jest coś niezwykle kojącego w tym, że naiwny z początku słoń, rojący o wszechświatowej misji Rosji, z czasem staje się przenikliwym obserwatorem, słuchaczem, a nawet bystrym dyskutantem. Przemianę zilustruję przykładem. Niedługo po rozpoczęciu wędrówki Bobo wyznaje czytelnikowi:
dusza moja napełniała się zachwytem wobec kraju, który miał zostać moją pasją i losem, napełniała się też bólem z powodu cierpień tego wielkiego kraju, który nie mógł zaznać spokoju, bo moc i dobroć jego były niezmierzone (…)
(s. 39).
Gdy Bobo orientuje się, jakiej idei w istocie służy, wpada w gniew i potrafi zagonić w kozi róg swoich oponentów. Dopytuje ich, dlaczego ukraińskie dzieci są adoptowane przez rosyjskie rodziny. Słoń nie daje się zbyć byle frazesem i docieka, dlaczego matki tych dzieci także zostały zamordowane, a same sieroty nie mogą znaleźć opieki w swojej ojczyźnie (s. 212-214).
Trudno opanować wzruszenie, kiedy uczestniczący w wyprawie duchowny klaruje dociekliwemu “Trąbalskiemu”:
(…) wojna jest jak dżuma (…) Chorują wszyscy, i chorują straszliwie, i każdy wie o sobie, że wcześniej czy później zachoruje (…) wojna bezlitośnie przeżera duszę, aż do śmierci ją przeżera – i tych, którzy są przeciwko, na dobrą sprawę przeżera nie mniej niż tych, którzy są za (…)
(s. 329-330).
Przekład N. Kuznetsova oddaje różne niuanse rosyjskiej mowy potocznej, z typowym dla niej brutalizmem, ocierającym się nieraz o rynsztokowość. Ze względów cenzuralnych dobrałem fragmenty pozbawione tych „ozdobników”, które jednak nadają powieści posmaku autentyczności.
Zanurzona w obyczajowości i kulturze rosyjskiej, niespieszna w narracji, ukazująca zupełny brak odporności Rosjan na bakcyla imperialnego nacjonalizmu – jest książka Linor Goralik świetną propozycją dla tych, którzy chcieliby zrozumieć, a nie tylko potępiać.

Obrazy Rosji w pamięci ofiar imperium
Najnowsza książka Joanny Czeczott (ur. 1979) – Cisza nad stepem. Kazachstan i pamięć o Rosji – jest świadectwem determinacji autorki do zmierzenia się ze straumatyzowaną pamięcią społeczeństwa, które usiłuje budować normalną przyszłość. Nie chodzi więc o odsłonięcie mentalnych blizn po ranach zadanych przez imperium swoim ofiarom. Chodzi o to, by ustalić, co te blizny skrywają.
Wydrukowany przez Wydawnictwo Czarne zbiór reportaży pomaga zrozumieć aberracje świadomości posttotalitarnego społeczeństwa radzieckiego. Nie tylko (a nawet: nie zwłaszcza) kazachskiego. Zresztą, w pierwotnym zamyśle książka miała traktować o pamięci Gułagu w Rosji. To jednak uniemożliwiła wytoczona Ukrainie wojna i postępująca autorytaryzacja życia politycznego w kraju Putina.
Siłą książki jest dar rozmowy, jakim została obdarzona reportażystka. Przysłuchując się toczonym przez nią dysputom łatwo ulec złudzeniu pełnoprawnego uczestnictwa w jej poszukiwaniach miejsc i świadków pamięci. A ile można się przy tej okazji dowiedzieć i nauczyć! Jeszcze i teraz się temu dziwię zerkając na bardzo krótką listę wykorzystanej przez autorkę literatury przedmiotu.
O czym jest Cisza nad stepem? Bynajmniej nie o przeszłości Kazachstanu. Raczej o próbach ułożenia sobie życia na ziemi, która wolą imperium stałą się w przeszłości więzieniem narodów i wyklętych grup społecznych. Oddajmy głos autorce, która tak opisuje swój punkt widzenia:
Narracja J. Czeczott jest prowadzona w obrębie dwóch dyskursów: kolonizacyjnego i totalitarnego. W jej ujęciu (nawiązującym do popularnego nurtu badań na Zachodzie, który zdobył sobie obywatelstwo także w wybranych ośrodkach naukowych Kazachstanu) na historii politycznej Azji Centralnej cieniem położyła się zrazu żywiołowa, a potem planowa polityka kolonizowania przez imperialne centrum wielkich przestrzeni azjatyckich. Apogeum podboju przypadło na wiek XIX, a więc na czasy carskie. Jednakże zdziesiątkowanie ludności rdzennej, zniszczenie struktur społecznych i degradacja kulturalna były już dziełem bolszewickim.
Jeden z rozmówców autorki, reżyser Ardak Myrza zauważył:
Czy kolonizacja na nas wpływa? Każdego dnia. Jeśli ktoś przyjdzie do twojego domu, zabije ci rodzinę, ograbi cię, zgwałci i odejdzie, pamięć o tym przetrwa pokolenia. Ale jeśli ten ktoś zostanie w twoim domu? Będzie wpływał na twoją świadomość? Jak się uwolnisz?
(s. 392).
Na pamięci zbiorowej wielonarodowościowego społeczeństwa Kazachstanu piętno odcisnęły wszakże zwłaszcza masowe represje i wielki terror doby stalinowskiej. Nieludzkie praktyki totalitaryzmu radzieckiego, skuteczne zakwestionowanie przez propagandę komunistyczną uniwersalnej miary wartości w ocenie zjawisk historycznych, a wreszcie tłumienie pamięci przez ideologicznych stróżów Gułagu – wszystko to ukształtowało dzisiejszych mieszkańców, noszących w sobie dziedzictwo przodków: katów i ofiar.
Lektura Ciszy nad stepem uświadamia perfidię reżimu. Oto rozczłonkowane i wzajemnie sprzeczne pamięci nie pozwalają ułożyć jednej opowieści o represjach i terrorze. J. Czeczott daje dojść do głosu przedstawicielom różnych grup narodowościowych. Nie tylko Kazachów, Polaków, Ukraińców czy Rosjan, ale też między innymi Niemców nadwołżańskich, Turków meschetyńskich, Koreańczyków, Ujgurów. Innym razem nie baczy na kryterium etniczne i odkrywa „zamilczane” historie kobiet – więźniarek systemu.
Literatura obozowa uodporniła nas na przejawy okrucieństwa stalinowskiego systemu penitencjarnego. Dlatego też największe wrażenie wywierają na czytelniku nie opisy machiny więziennictwa w radzieckim Kazachstanie, lecz ulokowanie ich – ze względów logistycznych – w pobliżu ważnych centrów, a także późniejsze konsekwentne (choć niedbałe) próby wymazania ich z krajobrazu. Autorka konstatuje:
Miejsca pamięci o sowieckich represjach znajdują się w Kazachstanie na marginesie przestrzeni – i mają pozostać na marginesie świadomości.
(s. 424).
Paradoksalnie najbardziej wstrząsające fragmenty książki J. Czeczott to te, gdy nosiciele pamięci o obozach upierają się przy ich idyllicznej wizji jako miejscach uszlachetniającej pracy, zapewniających wszelkie wygody. A może jednak te, gdy dzieci represjonowanych rodziców spekulują, że może akurat oni nie jechali do „miejsca przeznaczenia” wagonem bydlęcym, tylko pasażerskim?
Czytając kolejne rozdziały książki zadawałem sobie pytanie o zasadność przypisywania Rosji zbrodni radzieckich (taką interpretację sufluje podtytuł). O ile właściwie uchwyciłem intencję autorki rzecz nie w odpowiedzialności narodu rosyjskiego za całe zło, które dotknęło ludność Kazachstanu. Rzecz raczej w sabotowaniu prób udokumentowania sprawstwa morderstw i represji, administrowanych z Moskwy. A to jest rezultatem celowego działania politycznego i świadomej polityki historycznej, realizowanej przez dzisiejszą Rosję.
Imponująca wysiłkiem autorki, poruszająca wielowarstwowością dramatów i odsłaniająca „łańcuch niewidzialny”, który skuwa teraźniejszość z przeszłością – jest książka Joanny Czeczott wartościowym studium reportażowym o trudnościach wyzwolenia się więźniów Imperium Rosyjskiego z mentalnej niewoli.

Patriotki-emancypantki przeciwko Rosji
Wydana przez Kolegium Europy Wschodniej książka Małgorzaty Koronkiewicz-Hupajło (ur. 1986) snuje opowieść o powstaniu styczniowym – centralnym wydarzeniu historii Polski w okresie zaborów i gordyjskim węźle polskiej pamięci – z perspektywy kobiet. Ściślej: elitarnej grupy ziemianek, które poparły rebelię na litewsko-ruskich połaciach Rzeczypospolitej, włączonych w skład zachodnich guberni Imperium Rosyjskiego.
Postulat spojrzenia na rzeczywistość powstaniową przez pryzmat losów kobiet (i ich oczami) nie jest nowy. Zasługa autorki Kobiet w czarnych krynolinach polega na jego częściowym urzeczywistnieniu dzięki przemyślanemu doborowi wąskiej próby kresowych Polek z silnie zaznaczonymi identyfikacjami: społeczną, konfesyjną, narodową.
Kościec materiału źródłowego tworzą zapiski wspomnieniowe uczestniczek (i uczestników) powstania styczniowego, w sumie kilkadziesiąt relacji. Część z nich jest dobrze znana badaczom, ale są i takie, które autorka wydobyła z rękopisów archiwalnych. Znać głębokie wniknięcie historyczki w źródła i dojrzałość metodologiczną. Ta ostatnia wyraża się między innymi w umiejętności zadawania wspomnieniom nowych (często „kłopotliwych”) pytań.
M. Koronkiewicz-Hupajło niejednokrotnie odwołuje się w książce do współczesnych kategorii psychologicznych. Wyjaśniając postępowanie bohaterek monografii pisze o poszukiwaniu siły w relacjach oraz o kształtowaniu w sobie poczucia sprawczości. Takie spojrzenie pozwala na nowo przemyśleć motywacje dziewiętnastowiecznych kobiet.
Sama autorka skłonna jest upatrywać w ich działaniach przejawu uniwersalnego dążenia do zamanifestowania swojej podmiotowości – dążenia wspólnego dla różnych okresów historycznych. Tak wnoszę z wypowiedzi udostępnionej przez kierowaną przez nią Fundację Wspólnota Pokoleń:
Książka M. Koronkiewicz-Hupajło jest wprawdzie monografią wąskiego zagadnienia, ale broni się także jako opracowanie syntetyczne, dające dobre pojęcie o rzeczywistości społecznej na zachodniej rubieży Imperium Rosyjskiego w pierwszej dekadzie panowania Aleksandra II. Pozwalam sobie na to autorytatywne stwierdzenie jako historyk dziejów Rosji, specjalizujący się właśnie w tym jej okresie.
Autorka nie żywi złudzeń względem opresyjnej natury caratu, tłumiącego przejawy emancypacyjne. Jednocześnie przekonująco dowodzi, że nierównorzędny status kobiet odzwierciedlał przede wszystkim męskie wyobrażenia o należnym im miejscu w hierarchii społecznego prestiżu. Dwa przykłady.
- Wydany przez władze powstańcze 14 maja 1863 roku Dekret powołujący do walki wszystkich obywateli polskich nie czynił wprawdzie rozróżnienia między płciami, ale też nie rozdysponowywał ról na zasadzie równouprawnienia.
- Funkcjonujące do połowy 1863 roku Komitety Niewiast zostały niedługo potem zdegradowane przez męskie kierownictwo cywilne do roli pomocniczej, wykonawczej.
Typowa dla prac naukowych sztywna struktura Kobiet w czarnych krynolinach jest w wypadku recenzowanej książki zaletą. Pozwala bowiem bez większej szkody czytać ją wybiórczo, bez szkody dla przesłania, które jest wspólne dla wszystkich rozdziałów. Z kolei wstrzemięźliwość w rozbudowywaniu aparatu naukowego pozwala mieć nadzieję, że przypisy nie odstręczą „zwykłego” czytelnika.
Za największy walor książki uważam wydobycie na światło dzienne zapomnianych (czasem nieznanych) relacji bohaterek opisywanych zdarzeń. Obficie cytowane fragmenty zapisków pozwalają wczuć się w położenie portretowanych postaci, a w konsekwencji lepiej rozumieć ich wybory. Warto przy tym mieć w pamięci trafną obserwację autorki, że „Zbiorowy portret polskich kobiet zaangażowanych w konspirację składa się z wielu anonimowych bohaterek” (s. 173).
A oto fragment książki, który w moim odczuciu najlepiej oddaje perspektywę poznawczą i aksjologiczną autorki:
Bogactwo przeżyć i emocji, których doświadczały ziemianki w czasie kilkunastu miesięcy walk powstańczych, skutkowało doniosłymi zmianami w procesie ich dojrzewania do nowych ról i zadań. W tak krótkim czasie ich pozycja oraz funkcje rodzinne i obywatelskie wielokrotnie ulegały przeobrażeniom. Zmiany te dotykały całego społeczeństwa, chwiejąc dotychczasowym patriarchalnym porządkiem społecznym. (…) Powstanie ujawniło potencjał kobiet, ich siłę i kompetencje.
(s. 248-249).
Autorka jest osobą zaangażowaną: w jej wywodach wyczuwa się przekonanie, że ukazując perspektywę kobiecą służy dobrej sprawie. Podzielając tę opinię, chciałbym jednak zauważyć, że proces emancypacji kobiet przybierał w Imperium Rosyjskim różne oblicza. Z pewnością najdynamiczniej przebiegał w samej stolicy Rosji i w większych ośrodkach, o czym niedawno pisałem na blogu (Emancypacja Rosjanek w XIX wieku). Co się zaś tyczy Polek, to warto pamiętać o pozytywistycznym nurcie myśli emancypacyjnej, zazwyczaj dystansującej się od polskich dążeń niepodległościowych.
Inteligentnie skonceptualizowana, solidna merytorycznie, bardzo starannie zredagowana i elegancko wydana – jest książka Małgorzaty Koronkiewicz-Hupajło nader udaną próbą dowartościowania tematyki i perspektywy kobiecej w badaniach historycznych bez ideologicznego wzmożenia szkodzącego słusznej sprawie.

Kolejny wpis na blogu ukaże się 1 sierpnia. Zapraszam w odwiedziny!
- Linor Goralik, Bobo, przeł. Nikita Kuznetsov, Wydawnictwo Ursines, Czeladź 2024, 372 ss., ISBN: 978-83-965895-8-3. Opis wydawcy dostępny tu.
- Joanna Czeczott, Cisza nad stepem. Kazachstan i pamięć o Rosji, Wydawnictwo Czarne Wołowiec 2025, 445 ss., ISBN: 978-83-8396-058-6. Opis wydawcy dostępny tu.
- Małgorzata Koronkiewicz-Hupajło, Kobiety w czarnych krynolinach. Codzienność polskich ziemianek na Ziemiach Zabranych w czasie powstania styczniowego (1863-1864), Wydawnictwo Kolegium Europy Wschodniej, Wrocław-Wojnowice 2025, 373 ss., ISBN: 978-83-7893-368-7. Opis wydawcy dostępny tu.
Dziękuję Zofii Dimirijević (Wyd. Czarne), Ewie Vaičiūnienė (Wydawnictwo KEW) i Nikicie Kuziecowowi za nieodpłatne udostępnienie mi egzemplarzy recenzenckich omówionych wyżej książek.
“Sowietologic zna”, antyrosyjska propaganda, apologia ukraińskiego separatyzmu, manipulowanego przez USA (co najmniej od Brzezińskiego), Brytanię, koalicję różnych chętnych do wojny z Rosją (od Macrona po polskich generałów, także polityków w rodzaju Sikorskiego czy Kwaśniewskiego) i jej rozebrania na surowce do podtrzymania gospodarki Zachodu. Człowieku, nie kompromituj nazwiska.
PS nie “Rosją napadła na Ukrainę”, ale została przez Zachód starannie sprowokowana, tak jak teraz prowokowana jest do “napaści na Europę”. niedawno z trybuny ONZ niejaka Berbok oświadczyła szczerze, że NATO prowadzi wojnę z Rosją.
Fantastic read! I really appreciate how clearly you explained the topic—your writing not only shows expertise but also makes the subject approachable for a wide audience. It’s rare to come across content that feels both insightful and practical at the same time. At explodingbrands.de we run a growing directory site in Germany that features businesses from many different categories. That’s why I truly value articles like yours, because they highlight how knowledge and visibility can create stronger connections between people, services, and opportunities.Keep up the great work—I’ll definitely be checking back for more of your insights!