Zagniewany rusycysta
Stali czytelnicy Prawdziwej Rosji – a jest Państwa coraz więcej, za co dziękuję! – pamiętają, że równo przed dwoma laty dzieliłem się wrażeniami z lektury monumentalnej (724 stronic), napisanej w konwencji dziennika, rozprawy profesora Grzegorza Przebindy (ur. 1959) z putinizmem – Ostatnia wojna Putina (recenzja). Zachęcam do odświeżenia sobie tamtego artykułu, gdyż nie zestarzał się on nic a nic! Znajdą w nim Państwo także charakterystykę sylwetki intelektualnej uczonego.
W recenzji odnotowywałem między innymi emocjonalny, osobisty stosunek autora do Rosji. Na przekór wyświechtanej horacjańskiej maksymie traktował on obiekt swoich studiów z gniewem i zaangażowaniem. Upływ czasu ani trochę nie uśmierzył nerwu Przebindy, co jest i dobrą, i złą wiadomością. Dobrą, gdyż jego najnowsza książka zachęca do aktywnej lektury. Złą, gdyż utwierdza czytelnika w przekonaniu, iż sytuacja nie poprawiła się ani na jotę.
Wojna Rosji z Ukrainą wciąż trwa, a krakowski rusycysta nie przestaje poszukiwać odpowiedzi na pytania, które nurtowały go co najmniej od feralnego 24 lutego 2022 roku. O tych odpowiedziach – później. Teraz zauważę tylko, że ujawniają one pewną zmianę optyki na źródła tragedii. W każdym razie tak odbieram poniższą deklarację autora, jakże różną od narracji Ostatniej wojny Putina:
(…) wojna, gdyby nie tak silna jednostka jak Putin, mogła się naprawdę nie wydarzyć, ale skoro się ona jednak wydarzyła, to nie tylko w Putinie należy dziś odnajdywać wszelkie jej przyczyny.
G. Przebinda, Umarli są szczęśliwi? Dziennik trzeciego roku wojny, Kraków 2025, s. 12.
O ile moja intuicja jest trafna, profesorowi-filologowi bliżej teraz do stanowiska, które już piąty rok prezentuję na blogu.
Diariusz intelektualny
Wedle deklaracji Przebindy Dziennik trzeciego roku wojny (taki podtytuł nosi książka) powstawał od 28 marca 2024 do 18 maja 2025 roku. Jego uzupełnieniem są dopiski z lipca, podsumowane sentencjonalną frazą „Władcy się zmieniają – Archipelag trwa…”. Inaczej niż w przypadku Ostatniej wojny Putina, tu daty nie są aż tak ważne.
Mimo zewnętrznej formy zapiski straciły bowiem diarystyczny charakter. Krakowski rusycysta porzucił tak skrupulatnie przestrzegane ongiś obowiązki kronikarza okropieństw wojny. Decyzja to o tyle słuszna, że ciągłość relacji została zerwana wskutek rezygnacji z publikowania (a bodaj i prowadzenia) dziennika w drugim roku działań wojennych. W omawianym tu tomie Przebinda występuje przede wszystkim w roli filologa i kulturoznawcy.
Kilkusetstronicowe rozważania są osnute na ledwie kilku wątkach, za to traktowanych z należną im pieczołowitością. Ale bo też wszystkie one sprowadzają się w istocie do fundamentalnego sporu o (współ)odpowiedzialność literatury i kultury rosyjskiej za zło, którego jesteśmy świadkami. Autor konsekwentnie broni ich przed tak ciężkim zarzutem.
Książka daje niejakie pojęcie o lekturach (zwłaszcza s. 187-188) i spotkaniach, które ukształtowały autora. Lojalność Przebindy względem dysydentów radzieckich (z Natalią Je. Gorbaniewską, 1936-2013, na czele) jest świadectwem przywiązania do antytotalitarnego systemu wartości, co musi budzić uznanie. Tekst daje także wgląd w jego nie-rosyjskie fascynacje, gdy referuje on wizyty w zagranicznych muzeach lub odwołuje się do kanonu literatury zachodnie). Wreszcie ujawnia, chyba niepotrzebnie, preferencje polityczne: „odpisienie Polski” jawi się autorowi czymś godnym intencji pokonania maratonu (s. 436).
Trudno oprzeć się wrażeniu, że autor zbyt często poluzowuje dyscyplinę pisarską. W konsekwencji wątki poboczne nadmiernie się rozrastają, naruszając główny tok narracji. Nie znajdują również uzasadnienia liczne powtórzenia (dotyczy to zwłaszcza tematyki dysydenckiej), jak gdyby diarysta pragnął za każdym razem wypowiedzieć się w możliwie pełny sposób, powątpiewając w domyślność czytelnika.

Putin jako czytelnik
Szczególnie interesujące wydają mi się uwagi Przebindy konfrontujące deklaracje czytelnicze Władimira W. Putina (ur. 1952) z rzeczywistą wymową dzieł, na jakie powołuje się prezydent Rosji. Analiza krakowskiego rusycysty przynosi ważkie wnioski, wybijające się na tle od sztubackich komentarzy publicystów biorących za dobrą monetę każdy komentarz książkowy przywódcy Federacji Rosyjskiej.
Autor zżyma się na putinowskie „menu rzekomo skonsumowanych lektur”, dostosowane do upodobań dziennikarzy. Nie kryje irytacji, gdy komentuje odwołania Putina do Ernesta Hemingwaya. Więcej: powątpiewa, że zachwalaną przed dziennikarzami zachodnimi „powieść Komu bije dzwon [Putin] w ogóle kiedykolwiek dzierżył w ręku” (s. 153). Nie dowierza deklaracjom o uwielbieniu Goethego i Heinego, uznaje natomiast za prawdopodobny zachwyt Putina autorem Pachnidła. Historii pewnego mordercy (książki modnej przed laty również w Polsce). Wreszcie, o ile reaguje sarkastycznie na odwołania prezydenta Rosji do Księgi dżungli Ryduarda Kiplinga (1865-1936), o tyle nie podważa fascynacji lekkimi powieściami Alexandre’a Dumasa (1802-1870) z Trzema muszkieterami na czele, czy Jackiem Londonem (s. 82-83)
Odwołaniom Putina do twórczości Lwa N. Tołstoja, Fiodora Dostojewskiego, Władimira W. Nabokova, a także Aleksandra I. Sołżenicyna – poświęca autor wielowątkowe rozważania, rozsiane po całej książce. Okazuje się, że spośród klasyków dziewiętnastowiecznej literatury rosyjskiej włodarz Kremla upodobał sobie także Michaiła Je. Sałtykowa-Szczedrina (1826-1889). Przebinda komentuje to w iście sałtykowowskim stylu, czyli z przymieszką ironii (s. 177). Ja zaś przypomnę, że wielkiemu satyrykowi poświęciłem odrębny tekst – Prokurator życia społecznego Rosji.
Ciekawostka wydobyta przez autora: ulubioną bajką Putina jest powiastka ludowa Kołaczyk (Колобок). Rzecz traktuje o wypieczonym bochenku, który w pogoni za przygodami musi mierzyć się z mającymi apetyt na niego zającem, wilkiem, niedźwiedziem i lisem – ostatecznym triumfatorem tej osobliwej rywalizacji (s. 83-84).
Autor nie zaniechał także eksploracji tematu domniemanego wpływu poglądów Iwana A. Iljina (1883-1954) na Putina i jego otoczenie. Przebinda pozostaje wierny swojej sceptycznej opinii w tej kwestii.
Zwątpienie filologa w sprawczą moc literatury pogłębia zapewnienie Putina (z 2006 roku), że słucha on wykładów Wasilija O. Kluczewskiego (1841-1911) udostępnionych w formie audiobooka. Autor trafnie wskazuje na nieusuwalną sprzeczność między wartościami głoszonymi przez przedrewolucyjnego historyka a praktyką putinizmu. Koniec końców dochodzi do wniosku, że „lektury Putina (…) nie mają realnego wpływu na jego ideologię i praktykę polityczną” (s. 482).
Od siebie dodałbym, że prezydent Rosji niezgorzej opanował sztukę, o której pisał Pierre Bayard w kapitalnym eseju Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało (drugie wyd. polskie — Warszawa 2025).
Literatura na kwarantannie?
Przebinda myśli literaturą i historią nawet wtedy, gdy wydaje się to wręcz niemożliwe. Pisząc o pociskach balistycznych Iskander zwraca uwagę na wypaczenie przez władze Rosji pozytywnego skojarzenia tej nazwy z pseudonimem Aleksandra I. Hercena (1812-1870), przeciwnika samowładztwa i zwolennika niepodległości Polski. Inny przykład: „wyzerowanie” (czyli: zabójstwo) herszta wagnerowców, Jewgienija W. Prigożyna (1961-2023) skłania autora do snucia refleksji nad odmiennymi kolejami losu wspomnianego bandyty i Aleksandra N. Radiszczewa (1749-1802), ukaranego przez Katarzynę Wielką protoplastę inteligencji rosyjskiej (s. 474).
Rzecz zrozumiała: najbardziej frapuje Przebindę czytelniczy los tych twórców, którym poświęcił liczne prace naukowe: Dostojewskiego, Michaiła N. Bułhakowa, Josifa A. Brodskiego i Sołżenicyna. Odnosi się wrażenie, że rozważania na ten temat zdominowały Dziennik trzeciego roku wojny; czy to nie ich ciężar gatunkowy zwiększa wagę całego opasłego tomu?
O autentyczności przeżycia autora chyba najlepiej świadczy ton wywodów: analityczny, poważny, a jednocześnie afektywny, nieraz z mocnym przyciśnięciem pedału. Przy tym jaskrawo odróżniający się jednak od licznych złorzeczeń na Putina („moskiewski herszt wszystkich hersztów”, s. 716), jego akolitów („szakal propagandy”, s. 661 – to o Władimirze R. Sołowiowie), i wykonawców woli („ścierwojady Putina” – to o mordercach Aleksieja A. Nawalnego, 1976-2024, s. 28).
Czytelnicy Ostatniej wojny Putina znajdą w najnowszej książce rozwinięcie nanizanych uprzednio wątków. Krakowski rusycysta pozostaje wierny stanowisku, wedle którego twórcy klasycznej kultury rosyjskiej nie mogą być pociągani do odpowiedzialności za antyukraiński obłęd Rosjan. Apele o anihilację Dostojewskiego z przestrzeni kultury kwituje słowami: „Spuśćmy na ten wulgarny dyletantyzm miłosierną zasłonę milczenia…” (s. 191). Powołuje się przy tym na Jana Pawła II, zafascynowanego autorem antykatolickiego Idioty.
Zauważę tylko, że tego samego zdania (choć inaczej uargumentowanego) trzyma się Janusz Dobieszewski (ur. 1955) w szkicu otwierającym antologię Moje filozoficzne ruskie sprawy i okolice (Kraków 2025). Fragment tego artykułu-manifestu przywołałem w recenzji dwóch adaptacji utworów Dostojewskiego – Dostojewski na scenach Krakowa i Zakopanego.
Historia i polityka
Zależy mi na uwypukleniu literaturoznawczych kontekstów książki, gdyż to właśnie one stanowią oręż autora w walce o ochronę dobrego imienia klasycznej literatury rosyjskiej. Jako historyk zobowiązany jestem wszakże odnotować, iż Przebinda niejednokrotnie wkracza na terytorium badań historycznych.
W tej dziedzinie usatysfakcjonowani będą zwłaszcza czytelnicy interesujący się początkami Rusi oraz… Chruszczowowską odwilżą, a raczej stosunkiem Putina do sekretarza generalnego. Autor nie przepuszcza okazji, by nazwać antybohatera swoich książek „historykiem dyletantem”, któremu mieszają się nawet wojny toczone przez Rosję przez różnych władców (s. 346).
Jeśli chodzi o sprawy współczesne, to autor świetnie czuje się w objaśnianiu meandrów zjawisk na styku religii i polityki. Instruktywne są zwłaszcza jego uwagi o emancypacji prawosławnej Cerkwi ukraińskiej od Patriarchatu Moskiewskiego. Ciekawostką (nie tylko bibliograficzną) jest wydobyty przez Przebindę wywiad, jakiego udzielił ówczesny zastępca mera grodu nad Newą – W. W. Putin w odległym 1991 roku (s. 180-182). Ujawnia on resentymenty, które z czasem tylko zyskały na sile.
Autorytaryzacja życia w Rosji sprawiła, że liczba więźniów politycznych przekroczyła wskaźniki z półmetku rządów Leonida I. Breżniewa – fakt ten odnotowuje rusycysta w Dniu Pamięci Ofiar Represji Politycznych (30 października), obecnie marginalizowanym przez władze (s. 430-431).
Przebija przez drugi tom diariusza intelektualnego Przebindy moralne oburzenie. Ale pojawia się też element, którego nie było w tomie pierwszym: pesymizm. Nader wymowna w tym względzie jest odpowiedź na tytułową zagwozdkę, czy „umarli są szczęśliwi?”:
Tamże, s. 721.
W przestrzeni, do której sięgają zbrodnicze szpony putinowskiej Rosji, nawet przecież umarli podlegają wołającym o pomstę do nieba udrękom.
W obronie literatury
Jednakże to literatura zajmuje eksponowane miejsce w Dzienniku trzeciego roku wojny. Autor wydobywa z zapomnienia ważne źródło (brudnopis podręcznika do historii przeznaczony na konkurs z atrakcyjnymi nagrodami!) rzucające światło na stosunek Bułhakowa do Ukrainy, wyraźnie poszerzając pole interpretacyjne zakreślone już w pierwszym tomie diariusza. Boleje nad rugowaniem pamięci o pisarzu na Ukrainie (s. 135).
Wiele miejsca poświęca Przebinda Josifowi A. Brodskiemu (1940-1996), w tym jego nieszczęsnemu wierszowi Na niepodległość Ukrainy. Poeta znalazł w krakowskim rusycyście oddanego adwokata. Autor recenzowanej książki dotrzymuje także danego ongiś słowa i przedstawia na szerszym tle stosunek Sołżenicyna do kwestii ukraińskiej. W końcu zaś dzieli się uwagami o Conradowskiej wizji Rosji: są to pogłębione i ustrukturyzowane przemyślenia, z którymi powinien zapoznać się każdy wielbiciel autora Jądra ciemności.
Sprawia mi przyjemność konstatacja, że z profesorem Przebindą łączą nas preferencje lekturowe. Ciekaw jestem, jak ostatecznie ocenia powieść Bobo Linor Goralik (ur. 1975) w przekładzie Nikity Kuznetsova (ur. 1973). Co do mnie, polecam ją Państwu z pełnym przekonaniem. Podtrzymuję tym samym swój zeszłoroczny „werdykt” – Książki o Rosji na lato 2025 (rekomendacje).
Nieścisłości
Precyzyjnemu i nawykłemu do rozszczepiania włosa na czworo Przebindzie zdarzają się omsknięcia. Parę przykładów. Wierny tradycji wolnościowej autor nazbyt pospiesznie uznaje Mikołaja I, uśmierzyciela ruchu dekabrystowskiego, „jednym z bardziej wyrazistych praojców Putina” (s. 408). Osobiście za takiego uważam raczej Aleksandra III, do duchowych związków z którym przyznaje się sam zainteresowany – Ulubiony car Putina. Mikołaj I, czego by o nim nie mówić, nie był (czy raczej: nie zdążył być) znacjonalizowanym rewanżystą.
Autor nie jest wystarczająco precyzyjny, gdy nawiązuje do początków obchodzonego 23 lutego Dnia Obrońcy Ojczyzny (s. 657). Wbrew temu, co pisze, święto nie zostało ustanowione tego dnia. Nie chodzi nawet o to, że datę obchodów wyznaczył dekret Wszechrosyjskiego Centralnego Komitetu Wykonawczego z 23 stycznia 1922 roku, opublikowany cztery dni później. Nierównie ważniejsze jest co innego: w odnośnym dokumencie podpisanym przez Michaiła I. Kalinina (1875-1946) nie ma mowy o trwałym ustanowieniu święta.
W zapale słusznej krytyki podręcznika do historii, współautorem którego jest Władimir R. Miedinski (ur. 1970) autor mianuje tego ostatniego przewodniczącym Wojskowo-Historycznego Instytutu FR (s. 608). Faktycznie natomiast rosyjski polityk szefuje Rosyjskiemu Towarzystwu Wojenno-Historycznemu, powołanemu do życia dekretem Putina w 2012 roku a nawiązującemu do Cesarskiego Rosyjskiego Towarzystwa Wojenno-Historycznego (1907-1914). Odsyłam Czytelników do artykułu, w którym demaskuję manipulacje autorów pseudo-syntezy dziejów Polski, opublikowanej pod auspicjami tej instytucji – Krótka historia polskiej rusofobii (uwagi recenzyjne).
Rekomendacja lekturowa
Wszystko to są jednak drobiazgi. Drugi tom dziennika czasu wojny profesora Grzegorza Przebindy to niewątpliwie dzieło wysokiej próby, potwierdzające szerokie horyzonty intelektualne autora i stanowiące niezbędne vademecum dla nas wszystkich – wiernych choć niekiedy, jak w przypadku piszącego te słowa, zrzędliwych czytelników zagniewanego rusycysty.
Zapraszam Państwa do samodzielnego zmierzenia się z jego najnowszą książką. Autorowi, nam wszystkim, Ukrainie, a także zatraconej w imperialnym amoku Rosji, życzę, by seria diarystyczna zamknęła się na drugim tomie. Niech ta wojna nareszcie się skończy! Niech będzie „ostatnią wojną Putina”. I niech umarli okażą się szczęśliwi.
Grzegorz Przebinda, Umarli są szczęśliwi? Dziennik trzeciego roku wojny, Wydawnictwo Księgarnia Akademicka, Kraków 2025, 811 ss., ISBN: 978-83-8368-308-9. Opis wydawcy dostępny tu.
Kolejny artykuł ukaże się na blogu 1 czerwca.